Bartosz Zimiński o roli dialogisty. Jak powstają polskie dialogi do filmów?

Polska wersja językowa filmu nie kończy się na przełożeniu słów z jednego języka na drugi. To praca na styku tłumaczenia, rytmu, humoru i aktorskiego wykonania. Dialogista musi pilnować sensu sceny, naturalności polszczyzny i tego, czy dana kwestia naprawdę zabrzmi dobrze przed mikrofonem. Przy filmach familijnych dochodzi jeszcze jedno wyzwanie: tekst powinien działać zarówno na dzieci, jak i na dorosłych. Bartosz Zimiński opowiada o pracy nad polskimi dialogami, dubbingu, piosenkach, „Tomie i Jerrym: Przygodzie w muzeum” oraz filmie „Supermocni”, komedii dla młodych widzów zapowiadanej na jesień. Rozmawia Łukasz Augustyński.
Facebook
Twitter
LinkedIn
Pinterest
WhatsApp
Email
Print
Bartosz Zimiński o roli dialogisty. Jak powstają polskie dialogi do filmów?

Jak zaczęła się Pana zawodowa droga związana z kinem, tłumaczeniami i polskimi wersjami językowymi?

Zaczęło się dość zwyczajnie. Jeszcze w liceum chodziłem z grupą znajomych do DKF-u na Elektoralnej. To było ważne miejsce, z bardzo dobrymi spotkaniami i znakomitymi prelegentami. Pamiętam, że pojawiali się tam choćby Tadeusz Sobolewski czy Andrzej Werner. Były ciekawe rozmowy, znakomici specjaliści i oczywiście bardzo dobre filmy.

Później studiowałem dziennikarstwo i zacząłem pracować w miesięczniku „Film”. Przez pewien czas byłem tam wolnym strzelcem. Chciałem jednak być jeszcze bliżej kina, dlatego zająłem się pracą kreatywną przy dystrybucji filmów i ich wprowadzaniu. Chodziło między innymi o montowanie zwiastunów, spotów reklamowych i różne działania promocyjne wokół filmów. Takimi rzeczami zajmuję się zresztą do dziś.

Dubbing pojawił się trochę przypadkiem. Firma, z którą współpracowałem, przygotowywała komedię do dubbingu. Istniało już tłumaczenie, poprawne, ale wymagające dopracowania pod kątem humoru. Zwrócono się więc do mnie, żebym nad tym tekstem popracował i spróbował coś dodać od siebie, żeby całość była zabawniejsza.

Zawsze zajmowałem się pisaniem w takiej czy innej formie, także sloganami reklamowymi, więc język był moim narzędziem pracy. Popracowałem nad tym tekstem i wtedy zobaczyłem, że taka praca sprawia mi dużą przyjemność. Oczywiście nie była to wyłącznie moja zasługa, bo przy dubbingu pracuje reżyser, studio, aktorzy i wiele innych osób. Wtedy poczułem jednak, że to jest coś, w czym czuję się dobrze i tak to się zaczęło.

Widzowie kojarzą dubbing głównie z aktorami. Gdzie w tym wszystkim jest dialogista?

Technicznie najtrudniejsze jest dopasowanie się do rytmu sceny i do tak zwanych kłapów, czyli ruchu warg postaci. To bardziej wymagające w filmach aktorskich, które się dubbinguje, bo ruch ust jest tam dużo bardziej widoczny. W animacji trochę mniej rzuca się to w oczy, ale też trzeba trzymać się rytmu. Tekst musi pasować do tego, jak postaci poruszają ustami i jak scena jest zmontowana.

Dodatkowa trudność polega na tym, że większość filmów tłumaczy się z języka angielskiego. Angielski ma więcej krótkich słów i zwięzłych imion, więc ma inny rytm niż polszczyzna. Trzeba się trochę nagimnastykować, żeby przełożyć to tak, by pasowało do obrazu. Jednocześnie tekst musi brzmieć naturalnie. Nie może przypominać czytanki albo papierowego tekstu. To musi być żywy język.

Dubbing daje trochę więcej swobody niż tłumaczenie napisów kinowych. Przy napisach widz często zna angielski, słyszy oryginał i czyta polski tekst, więc jedno musi być wyraźnie spójne z drugim. W dubbingu można pozwolić sobie na większą elastyczność. Oczywiście nie można odchodzić od sensu, bo trzeba zachować szacunek do twórców i opowiadanej historii. Można jednak czasem odważniej pracować z humorem, znaleźć lepszy polski odpowiednik, coś dodać albo inaczej ustawić żart, żeby trafiał do naszego widza.

Filmy familijne oglądają dzieci, rodzice i dziadkowie. Jak pisze się dialogi, które mają działać na kilku poziomach naraz?

Idealna sytuacja pojawia się wtedy, kiedy ten sam dialog albo ten sam żart działa na dwóch poziomach. Dla dziecka jest zrozumiały i czytelny, a dla dorosłego ma jeszcze dodatkowy smaczek, aluzję albo drugi sens, którego dziecko może nie wychwycić, ale dorosły już tak.

Nie jest łatwo to osiągnąć, ale to najlepszy wariant. Czasami ten sam żart po prostu bawi młodszych i starszych. Bywa też tak, że tłumaczenie robi się przede wszystkim dla młodego odbiorcy, bo to on ma się dobrze bawić. Dobrze jednak, kiedy rodzice czy dziadkowie też znajdują w filmie coś dla siebie.

W Polsce jakość takich tłumaczeń bardzo się rozwinęła. Myślę, że przełomowym momentem był „Shrek” i praca Bartosza Wierzbięty. Sam film był oczywiście wyjątkowy, ale polskie tłumaczenie otworzyło drogę do innego myślenia o dubbingu. Pokazało, że można szukać aluzji, żartów i odniesień do polskiej rzeczywistości. Czasami dzięki temu film staje się dla naszego widza zabawniejszy i bardziej czytelny.

Jak wygląda praca dialogisty od środka?

Najpierw trzeba obejrzeć materiał i wyczuć, jaki to jest film, jaką ma tonację, czy jest śmieszny, straszny, poważny, przygodowy. Trzeba poznać bohaterów i ich sposób mówienia. Czasami można wymyślić im coś, czego nie ma nawet w oryginale, na przykład jakieś powiedzonko albo charakterystyczny sposób wypowiadania się.

Potem zaczyna się właściwa praca. Rozkładam sobie tekst na dni, wiem mniej więcej, ile mam czasu, i każdego dnia robię tyle, ile sobie założę. To nie jest tłumaczenie na surowo. Od początku staram się pisać tak, żeby tekst pasował do obrazu, do rytmu sceny, a zarazem miał humor i naturalność.

Kiedy kończę całość, siadam do tego jeszcze raz. Oglądam film z polskim tekstem, sprawdzam błędy, spójność i różne drobiazgi. Staram się też całość doszlifować, żeby dialogi były żywsze, żeby humor lepiej działał i żeby wszystko miało swój rytm.

Potem tekst trafia do reżysera albo reżyserki dubbingu. Oni go przeglądają, analizują, czasami zgłaszają uwagi techniczne, a czasami mają bardzo dobre pomysły, które warto wprowadzić. Następnie zaczyna się proces nagrań, który również jest procesem kreatywnym. Aktorzy bardzo dużo wnoszą do postaci. W trakcie pracy pojawiają się nowe pomysły, a czasem okazuje się, że żart, który na papierze wydawał się zabawny, nie działa w nagraniu i trzeba wymyślić coś innego.

Tak naprawdę tekst żyje do samego końca. Później wchodzą jeszcze montażyści, którzy wszystko składają i doprowadzają proces do finału. Dla mnie dużą frajdą jest potem usłyszeć to, co kiedyś napisałem, w wykonaniu aktorów i w gotowej wersji. Coś, co było tekstem na ekranie komputera, nagle zaczyna żyć.

Przy „Tomie i Jerrym: Przygodzie w muzeum” odpowiada Pan za dialogi. Co było w tym projekcie najciekawsze?

Nietypowe w tym filmie jest to, że główni bohaterowie nie mówią. Tom i Jerry są znani od dziesiątek lat i tutaj nic się nie zmieniło. Nadal nie mówią. Wokół nich stworzony jest jednak cały świat, który na nich reaguje i w którym pozostałe postaci normalnie się wypowiadają.

To jest pewne wyzwanie, bo trzeba zachować spójność między niemymi głównymi bohaterami a światem, który ich otacza. Nie powiedziałbym jednak, że był to najbardziej wymagający film, jaki robiłem. To był wdzięczny materiał, fajny film i z tego, co słyszałem, podoba się młodym widzom.

W dubbingu pojawiają się też piosenki. To zupełnie osobna praca?

Tak, zdarzają się filmy, które mają piosenki. Ja też piszę polskie teksty piosenek i to jest bardzo inspirująca zabawa, ale jednocześnie dodatkowe wyzwanie.

Przy piosence dochodzi wszystko to, co przy zwykłym dialogu, czyli sens, rytm, dopasowanie do postaci i naturalność, ale oprócz tego tekst musi trzymać się melodii. Musi dać się zaśpiewać. Cały czas się tego uczę. Trzeba wiedzieć, jak taki tekst przygotować, żeby aktor mógł go dobrze wykonać.

Pracuje się wtedy z kierownikiem muzycznym, który ocenia, czy tekst się nadaje, czy rytmy i rymy są tam, gdzie powinny. Często trzeba coś doszlifować. Kiedy potem słyszy się to w wykonaniu świetnych aktorów, daje to ogromną satysfakcję.

Przykładem może być „Koszmarek”. To znakomity, zabawny i mądry film, w którym w polskiej wersji wystąpili między innymi Maciej Zakościelny i Tomasz Borkowski. Maciej Zakościelny był świetny, a Tomasz Borkowski jako Kalambur również stworzył fantastyczną interpretację, także piosenek. To właśnie takie momenty, kiedy tekst naprawdę zaczyna żyć.

Czy język w dubbingu można dowolnie unowocześniać?

Trzeba dopasować język do gatunku i świata filmu. Jeżeli mamy klasyczną bajkę o rycerzach, księżniczkach i świecie baśniowym, to moim zdaniem trzeba trzymać się pewnej klasyczności języka. Można pozwolić sobie na żarty, czasem nawet trzeba, ale nie można sprawić, żeby książę na białym koniu mówił językiem totalnie podwórkowym. To po prostu nie będzie pasować.

Widziałem filmy, w których próbowano na siłę unowocześniać język i to nie bardzo działało. Chyba że jest to bardzo spójny, błyskotliwy koncept prowadzony przez cały film. Wtedy może się udać. Co do zasady trzeba jednak być wiernym tonacji oryginału.

Z drugiej strony w wielu przypadkach można oryginał ubarwić. Można szukać trochę nowocześniejszego języka, zwłaszcza jeśli bohaterowie są młodzi, a język oryginału dość klasyczny. Można sięgnąć po powiedzonka czy słowa funkcjonujące wśród młodych ludzi, nawet po młodzieżowe słowo roku, jeśli pasuje do kontekstu. To może być puszczenie oka do młodego widza. Ale zawsze musi wynikać z filmu i postaci, a nie być wklejone na siłę.

Czy po latach pracy przy filmach ogląda Pan je inaczej niż zwykły widz?

Staram się nie oglądać inaczej. Nie próbuję analizować filmów w trakcie oglądania. Po prostu lubię oglądać filmy dla przyjemności jak każdy widz.

Część mojej pracy polega także na jeżdżeniu na targi filmowe. Tam ogląda się filmy, które mogą być kupione do dystrybucji, więc patrzy się na nie trochę inaczej. Trzeba ocenić, czy film jest dobry, jaki ma potencjał, czy może zainteresować widzów.

Mimo wszystko, nawet wtedy staram się oglądać jak normalny widz. Sprawdzam, czy film mnie bawi, czy mnie wzrusza, czy działa. Zakładam, że jeśli działa na mnie, zadziała też na innych. Dodatkowo dysponuję też pewnym zestawem narzędzi, wiedzy i doświadczenia, które pomagają mi takiej oceny dokonać. Jeśli trafiam na coś świetnego, na przykład bardzo dobrą animację, zdarza mi się obejrzeć ją drugi raz, żeby wychwycić szczególnie błyskotliwe pomysły albo żarty. Nie po to, żeby je powtarzać, bo tego oczywiście się nie robi, ale można inspirować się dobrymi rozwiązaniami innych twórców.

Nad czym pracuje Pan teraz?

Pracuję teraz nad filmem, który po polsku nazywa się „Supermocni”, w oryginale „Evolution”. Premierę będzie miał jesienią tego roku

To bardzo pomysłowa, świetnie zaanimowana komedia dla młodych widzów, ale myślę, że dorośli też znajdą tam sporo dla siebie. Będzie mnóstwo zabawnych momentów, trochę zaskoczeń i generalnie bardzo dobra zabawa. Cieszę się na ten film i mam nadzieję, że będzie się podobał.

Łukasz Augustyński: Bardzo dziękuję za tę część rozmowy i za pokazanie pracy nad filmem od strony, której widz zwykle nie widzi, choć mocno wpływa ona na odbiór całej historii.

Bartosz Zimiński: Dziękuję bardzo. Fajnie się rozmawiało.

Bartosz Zimiński
Bartosz Zimiński fot. archiwum prywatne

Po godzinach: 5 krótkich pytań

Lżejsza, bardziej osobista część rozmowy, która pozwala zobaczyć rozmówcę nie tylko przez pryzmat zawodowej roli, lecz także codziennych wyborów, inspiracji i sposobów na złapanie dystansu.

1

Książka, do której chętnie Pan wraca?

Nie będę tu bardzo oryginalny, bo powiem: „Lalka” Bolesława Prusa. To teraz zresztą temat na czasie, bo czekamy na ekranizację. To fantastyczna książka. Za każdym razem można znaleźć w niej coś innego i za każdym razem zaskakuje mnie, jak bardzo jest nowoczesna. Nie tylko nowoczesna jak na swoje czasy, ale też współczesna i aktualna. Gdybym miał wskazać jedną książkę, powiedziałbym właśnie o „Lalce”. A szerzej bardzo cenię literaturę czeską, z Bohumilem Hrabalem na czele. Za poczucie humoru, specyficzną tonację i umiejętność cieszenia się życiem.

2

Film, który zrobił na Panu szczególne wrażenie?

Trudno wybrać jeden. Ostatnio duże wrażenie zrobiła na mnie „Wartość sentymentalna” i w ogóle filmy Joachima Triera. Uważam, że to fantastyczne kino. Z klasycznych filmów ważny jest dla mnie „Buntownik z wyboru”. Matt Damon i Ben Affleck napisali scenariusz i dostali za niego Oscara, a Robin Williams stworzył tam fantastyczną rolę. To film, który przemawia do mnie na wielu poziomach. Widziałem go wielokrotnie i lubię do niego wracać. Bardzo ważny jest dla mnie także pierwszy „Gladiator”. Z nowszych tytułów mógłbym wymienić jeszcze wiele różnych rzeczy, choćby „W trójkącie”. Takich filmów jest bardzo dużo i można byłoby wymieniać bez końca.

3

Muzyka, która najczęściej towarzyszy Panu po godzinach?

To zależy od nastroju. Gdybym miał wymienić trzy bardzo odległe od siebie nazwy, byłyby to: Miles Davis, Red Hot Chili Peppers i Wojciech Młynarski. Młynarski także ze względu na język, bo to mistrz posługiwania się polszczyzną. Dla mnie jest bardzo inspirujący.

4

Miejsce, w którym najłatwiej Panu złapać dystans?

Chyba basen. Chodzę na basen i to jest miejsce, w którym można się odciąć od wszystkiego, skupić i oderwać od codzienności.

5

Gdyby miał Pan jeden wolny dzień tylko dla siebie, jak najchętniej by go Pan spędził?

Myślę, że spacerując z psem i robiąc przystanki na czytanie. Najchętniej gdzieś w naturze, z dala od social mediów i różnych wynalazków.

Źródło:

all4mom, fot. Krzysztof Wójcik